Wystarczającodobre polecają.

„Czuła Przewodniczka” Natalii de Barbaro

Czułą przewodniczkę pożyczyła mi wyjątkowa kobieta. W kupionych dla siebie książkach zawsze zostawia sobie samej dedykację (jaki piękny pomysł!).

Kiedy przeczytałam tą książkę, wiedziałam, że chcę mieć swój egzemplarz – do swoich podkreśleń. Drugi kupiłam bliskiej kobiecie. Pewnie zachęcająca zielona okładka mignęła Ci już w polecanych książkach nie raz. Chwyciła! Skradła serca kobietom. Wokół tej książki zebrała się już kilkunastotysięczna społeczność na fb! Kobiety chcą autentyczności, chcą bliskości, chcą wchodzić głębiej! Pięknie to obserwować.

Znajoma zapytała – skąd fenomen tej lektury? Czy faktycznie będę mieć efekt „wow”? Nie wiem czy każdy będzie miał. Dla mnie siła książki tkwi w przystępnym języku (czytanie nie męczy) i w poruszaniu ważnych dla kobiet (choć pewnie nie tylko) kwestii. W każdej z nas tkwią różne wersje nas.

Jakiej swojej strukturze pozwalasz dominować? Czasem jesteśmy poddańcze („Potulna”) czasem pozwalamy by rządziła ta zimna wersja nas (”Królowa Śniegu”) albo wybieramy rolę biednej i umęczonej ofiary („Męczennicy”). Wspierając inne części („Serdeczną”, „Dorosłą”, „Dziką Dziewczynkę” i w końcu „Czułą Przewodniczkę” będziemy mogły żyć pełniej!

Lektura porządkuje pewne kwestie i pojęcia, uwrażliwia, otwiera róże wątki, jakie chce się przemyśleć lub o nich porozmawiać z innymi kobietami. To co dla mnie jest cenne to też dzielenie się przez autorkę – Natalię de Barbaro swoimi inspiracjami i poszukiwaniami. Miałam ochotę sięgnąć po lektury do jakich nawiązuje (np. Marion Woodman), obejrzeć serial (np.Fleabag) czy posłuchać wspomnianej piosenki (Alanis Morissete „that I would be good”). Czytanie więc stało się dla mnie taką podróżą wykraczającą poza tą lekturę, i ta podróż wciąż trwa.

Zdania jakie zakreśliłam? Cała masa. Poniżej kilka ulubionych:

To co robimy ze strachu, nie nasyci naszego głodu. To co robimy z bólu, nas nie wykarmi.

Żałuję, że płakałam zamiast być wkurwiona.

Czasem myślę, że wszystkie nieszczęścia świata zaczynają się od poczucia: „nie wiem, czy można mnie pokochać.

Mamy tyle zgody na innych, co zgody na siebie.

Polecam lekturę!

Dla chętnych dłuższy cytat:

„W książce Compassionate mind (Uważne współczucie) profesor psychologii Paul Gilbert pisze tak:

Nie wybrałem koloru swoich oczu ani kształtu swoich uszu. Nie decydowałem o tym, czy moje geny sprawią, że będę podatny na jakieś choroby, czy przytyję, czy pozostanę szczupły, czy będę miał większą, czy mniejszą tendencję do niepokoju albo depresji. Z pewnością nie wybrałem stanów emocjonalnych, które będzie generował mój mózg – moja umiejętność odczuwania miłości, złości, strachu, obrzydzenia itd. są po prostu częścią mojego oprzyrządowania”.

Poza tym, że nie wybraliśmy swoich genów, nie mieliśmy też wpływu na inne z kluczowych elementów, które nas ukształtowały: „Gdybym miał nieszczęście spędzić początek życia na przykład w sierocińcu i spędzałbym całe dnie pozostawiony sam sobie w łóżeczku, nie doświadczając opieki ani więzi, cały mój potencjał, który mógłby dojść do głosu pod wpływem miłości i dobroci, pokarmu dla mojego mózgu, zostałby zaprzepaszczony. Straciłbym możliwości intelektualne. Mój mózg nie miałby tych połączeń, które dzisiaj ma. Mój potencjał, który pozwolił mi zostać profesorem psychologii, nie zostałby wykorzystany. A jednak wszystkie te czynniki, na które nie miałem najmniejszego wpływu, w ogromnej mierze ukształtowały to, kim się stałem, to, w co wierzę, i moje poczucie tego, kim jestem. Tak więc moje poczucie własnego „ja” wyłoniło się ze złożonej mozaiki moich genów i środowiska. Nie wybrałem żadnego z jej elementów! Tak więc wiele z tego, kim jestem, powstało poza obszarem mojego wyboru. Pewnie rozumiesz, że to wszystko ma głębokie konsekwencje dla naszego współczucia dla innych i, oczywiście, to samo dotyczy ciebie samego”.

Jeśli nie wybrałyśmy swojego krzywego nosa, odstających uszu, dyskalkulii, neurotyczności, dlaczego mamy wobec nich tak osądzający stosunek? I co by się stało, gdyby udało się popatrzeć na siebie okiem kochającego rodzica? Tym spojrzeniem, które każe mamie i tacie robić dziecku nieskończone ilości zdjęć, zdjęć właściwie identycznych i – z punktu widzenia obcych osób – zupełnie błahych? Jak by to było popatrzeć na siebie z miłością?

I, gdyby się nam udało, jak przekształciłoby to nasze życie, nasze związki? „Rany, które zadano nam w relacji, tylko relacja może naprawić” – napisał Jon Frederickson w Kłamstwach, którymi żyjemy. Jeśli jednak wejdziemy w związek z głęboką niezgodą na siebie, ten nasz niekochany kawałek będzie w nas szalał i niszczył tę relację, tak jak porzucone dziecko w akcie gniewu niszczy budowlę z klocków.

Małgosia Z